Strach przed śmiercią? A może strach przed brakiem życia?
Oglądałam niedawno francuski film „Jutro będziemy szczęśliwi”.
To historia Samuela – beztroskiego faceta, który żyje z dnia na dzień i nie ma żadnych poważnych zobowiązań. Do momentu, gdy pod jego drzwiami zjawia się dawna wakacyjna przygoda, wręcza mu niemowlę na ręce, mówi „to twoja córka”, po czym wsiada do taksówki i po prostu odjeżdża.
Sam film jest pozytywny i ciepły, ale pod koniec główny bohater mówi jedno zdanie, które kompletnie utknęło mi w głowie:
Siedziałam nad tą myślą dłuższą chwilę.
Zobacz, ostatnie lata – najpierw ta cała pandemia, potem kolejne kryzysy, wojny, wiadomości, niepewność – mocno nas poturbowały. Zauważyłam u tylu ludzi (i u siebie czasami też!), że bardzo łatwo wchodzimy w taki ciągły tryb awaryjny.
Co jeśli się rozchoruję?
Co jeśli bliscy zachorują?
Co jak stracę pracę, co jak wszystko się posypie…
Co z tymi szczepionkami – szczepić się czy nie?
A co jeśli to ściema i zaszkodzi, a co jeśli się nie zaszczepię i zachoruję?
A co z kryzysem finansowym, drożyzną, inflacją?
Co jeśli wojna rozleje się na kolejne kraje?
Do tego ocieplenie klimatu, te skrajne zmiany pogody, susze, gwałtowne burze…
Przecież od samego czytania tej listy człowiek ma ochotę nakryć się kołdrą po uszy! Człowiek utyka w paraliżującym klinczu, gdzie z każdej strony czai się jakieś „co jeśli”.
To jest w sumie zupełnie normalne, że mózg tak kombinuje, kiedy z każdej strony bombardują nas nagłówki i sprzeczne informacje. Ale kiedy tak codziennie międlimy te czarne scenariusze, to co nam to w ogóle daje? Czy po pół godzinie narzekania i snucia wizji „co będzie, jak będzie źle” czujemy się choć trochę lepiej?
No raczej nie.
Po prostu nakręcamy siebie i wszystkich wokół, a jutro zaczynamy od nowa.
Spójrzmy na to na chłodno: każdy z nas kiedyś umrze i każdy z nas pewnie na coś po drodze zachoruje, wpadnie w kłopoty. Tak po prostu jest. Rozmyślanie o tym godzinami nie zmieni tego faktu ani o milimetr. Co więcej – ciągły stres i napięcie tylko przyspieszą potencjalne problemy.
Zrobiłam sobie taki mały, dość drastyczny eksperyment myślowy.
Wyobraź sobie, że dowiadujesz się, że za dokładnie dwa dni przejedzie Cię pociąg. Data jest zaklepana, zero odwrotu, za 48 godzin koniec imprezy na tej planecie. I co teraz?
Można te ostatnie godziny spędzić na narzekaniu, jak bardzo to niesprawiedliwe. Można się upić, szukać w panice ubezpieczenia na pogrzeb, albo przekopywać internet w poszukiwaniu magicznej pigułki na pociągi. A można pomyśleć: „Dobra, zostały mi dwa dni. Co pięknego i fajnego mogę jeszcze w ten czas wcisnąć?”.
Bo pociąg po każdego z nas kiedyś przyjedzie, czy tego chcemy, czy nie. Pytanie, czy chcemy spędzić całe życie na przystanku, bojąc się torów.
Ale czego tak naprawdę się boimy?
Kiedy obierzesz ten cały stres z warstw, okazuje się, że u podstaw prawie zawsze leży jeden prosty strach: boimy się coś stracić.
Boimy się stracić zdrowie, komfort, pieniądze, mieszkanie, pozycję czy poczucie bezpieczeństwa. Boimy się, że ktoś przestanie nas lubić, kochać, dbać o nas. Więc zaczynamy kombinować, jak się zabezpieczyć. Kupujemy kolejne ubezpieczenia, odkładamy pieniądze na czarną godzinę, robimy nadgodziny w pracy, za którą nie przepadamy – tak na wszelki wypadek, bo przecież nigdy nic nie wiadomo.
Tylko czy znasz kogoś, komu udało się ubezpieczyć od samego życia?
Zastanawiałaś się kiedyś, po co tak naprawdę to wszystko robimy? Co właściwie tak żarliwie chronimy? Życie, z którego nie mamy czasu czerpać radości? Spokój, którego i tak nie czujemy, bo ciągle zamartwiamy się przyszłością?
Czasem tak bardzo skupiamy się na zabezpieczaniu tyłów, że zapominamy w ogóle wyjść do przodu.
Zmiana perspektywy: Z lęku do apetytu na życie
Bo powiedzmy sobie szczerze: poczucie bezpieczeństwa w życiu jest tak naprawdę w dużej mierze pozorne.
Gdyby tak chcieć przewidzieć wszystko, to każdy moment dnia jest w jakiś sposób niebezpieczny. W domu może przewrócić się na nas szafa. Może nas kopnąć prąd z zepsutego gniazdka. Możemy się dotkliwie poparzyć gorącym tłuszczem z patelni, potknąć na schodach albo niefortunnie poślizgnąć w wannie.
I co teraz? Czy to znaczy, że mamy przestać smażyć, myć się i chodzić po schodach?
Jasne, dobrze jest wziąć te zagrożenia pod uwagę – założyć matę antypoślizgową do wanny, uważać z gorącym olejem, naprawić gniazdko. Wystarczy minimum rozsądku, proste zabezpieczenie i… chwila, koniec! Nie ma co nad tym wisieć, gdybać i międlić tematu bez końca, bo to i tak niczego nie zmieni.
Skoro pełna kontrola i tak jest iluzją, to zamiast spędzać życie na zabezpieczaniu się przed każdym możliwym nieszczęściem, może lepiej po prostu zmienić kierunek?
Kiedy zaczynasz żyć z apetytem na świat, Twój lęk dziwnie zmienia wektor. Przestajesz tak bardzo bać się tego, że coś pójdzie nie tak. Zaczynasz się raczej bać tego, że nie zdążysz tego wszystkiego doświadczyć, spróbować i zobaczyć.
Moja ciocia, jak miała 50 lat, usiadła kiedyś w fotelu, wzdycha ciężko i mówi: „No, mam 50 lat. Teraz to już tylko czekać na nowotwór i śmierć”. Mówiła to jakieś dziesięć lat temu. I wiesz co? Od tamtej pory serio nigdzie nie była, niczego nowego się nie dowiedziała, tylko chodzi i narzeka. Sama siebie wsadziła w tę poczekalnię.
Szkoda życia na czekanie w poczekalni.
Słuchając ludzi, tak rzadko słyszę o pasjach, marzeniach, planach czy cudownych wspomnieniach. Rzadko słyszę o pomysłach na znalezienie sił, by sprostać wyzwaniom. Zamiast tego dominuje narzekanie i lista potencjalnych zagrożeń.
A przecież pod tym całym lękiem o zdrowie i życie kryje się zazwyczaj coś pięknego, o czym zapominamy głośno mówić.
Chcę być zdrowa nie po to, żeby tylko „nie chorować” – ale po to, żeby móc wędrować, podróżować, czuć wiatr we włosach i próbować wszystkich pysznych potraw świata.
Chcę żyć długo i mieć siłę, żeby jak najdłużej wspierać moją córkę, poznać w przyszłości swoje wnuki i móc się z nimi bawić.
Chcę mieć wokół siebie wspaniałych, dobrze dobranych znajomych, z którymi będę dzielić piękne chwile.
Chcę mieć silne oczy, by przeczytać jeszcze mnóstwo fascynujących książek, obejrzeć dobre filmy i zachwycać się zachodami słońca.
I o to w tym wszystkim chodzi.
Gdy przestajemy skupiać się wyłącznie na unikaniu niebezpieczeństw, a przypominamy sobie, PO CO tak naprawdę chcemy tu być – cała perspektywa się zmienia.
Zamiast więc spędzać życie w poczekalni, bojąc się tego, co może pójść nie tak – wyjdźmy do świata. Zróbmy to, co rozsądne, by zadbać o bezpieczeństwo, i po prostu chodźmy pożyć, doświadczać i kolekcjonować te wszystkie zachwyty, póki mamy na to czas i siłę.
PL
EN
DE


Komentarze
Prześlij komentarz